Juliusz Grzybowski
Mamy, rzecz jasna świadomość, że dzieło sztuki różni się od dzieła natury. Jak to bywa z tego rodzaju świadomością, przeżywa ona jednak spore kłopoty, żeby nie powiedzieć załamania, kiedy zapytamy się o przyczynę. Czymżesz to różni się dzieło sztuki od dzieła natury?
Żeby nie wpadać zaraz w spory dotyczące sztuki wielkiej i prawdziwej, dzieł wiekopomnych i ponadczasowych, zakreślmy sobie ramy dla naszych rozważań skromniejsze i – posłuszni ostrożności starożytnych Greków – za sztukę przyjmijmy to, co Grecy zwali τέχνη, a więc przyjmijmy, że sztuką jest wszelka umiejętność, której nie posiada się z natury. Natura jest – jak zawsze gdy próbujemy pokrótce wypowiedzieć się na temat spraw największych, a zarazem przecież najprostszych, koniecznie musimy się zgubić – tym, co samo z siebie się rodzi, siebie opuszcza i w rodzeniu siebie samo tracąc do siebie i ku sobie, jakoś zawsze w oddaniu, powraca. Dlatego piątka była wedle pitagorejczyków zwana naturą, ponieważ „pomnożona przez samą siebie do samej siebie powraca” (Plutarch, O E Delfickim 388 C – D). Dzieło natury, przypomnijmy wypowiedziane na ten temat słowa Arystotelesa, charakteryzuje się tym, że „każdy [...] tego rodzaju przedmiot nosi w sobie zasadę ruchu i spoczynku: jedne ze względu na miejsce, drugie ze względu na wzrost i zanik, a wreszcie inne ze względu na zmianę jakościową. Natomiast, przeciwnie: łoże, szata i inne tego rodzaju rzeczy [...] o ile są wytworami kunsztu, nie zdradzają żadnej tendencji do zmiany.”(Arystoteles, Fizyka 192 b 13 – 19). Dlatego też „człowiek rodzi się z człowieka, natomiast łoże nie powstaje z łoża.”(Arystoteles, Fizyka 193 b 8 – 9), wszak do rodzenia potrzebny jest ruch a rzeczy, które się nie poruszają, nie mogą rodzić. Sztuka zatem wydaje się być raczej spoczynkiem, natura wydaje się być raczej ruchem. Nie ma tu znaczenia, czy jakieś dzieło sztuki przejawia większą czy mniejszą ruchliwość, z założenia bowiem znajduje się ono bowiem na końcu jakiegoś działania i owo działanie kończy. Obraz kończy malowanie, rzeźba kończy rzeźbienie. Owszem do swojego zaistnienia potrzebują one widowni, ale zdaje się, że tak jest z każdą rzeczą, która powstaje za sprawą sztuki: łoże będzie łożem dopiero wtedy, kiedy ktoś na nim będzie spał, widelec, kiedy ktoś będzie nim jadł, a Mona Lisa stanie się Moną Lisą dopiero wtedy, gdy ktoś będzie ją oglądał.
Oscylujemy w okolicach banału i pełni chyba próżności wierzymy, że pozostał z nami jeszcze jakiś czytelnik. Jasne, że łoże nie rodzi łoża, ani stół stołu ani żadna taka rzecz, którą stworzył za sprawą swoich umiejętności człowiek, nigdy nie będzie miała w sobie możności do rodzenia. Pochopnie wygnaliśmy z naszych rozważań dzieła wiekopomne i ponadczasowe, a może należałoby je znowu przywołać. W końcu twierdzimy uparcie, że gdyby nie kilka dzieł wielkich, czy to dzieł literatury czy malarstwa, to byśmy byli kimś innym, a może nawet zupełnie byśmy nie byli, jak choćby dzieła Fidiasza czy Leonarda da Vinci. Słowem – jest coś takiego w sztuce, co i może nie powinno być nazywane rodzeniem, ale co równie skutecznie, a może skuteczniej nawet niż w przypadku rodzenia, wymyka się nieuchronnemu upływowi czasu. Zresztą nawet gdybyśmy wrócili do tych wspomnianych przez Arystotelesa stołów czy łóżek, to w końcu zapewne ktoś kiedyś pierwszy stół wykonał i ktoś pierwszy wykonał łoże i dzięki temu komuś pierwszemu, tym drugim i trzecim szło już łatwiej. Może zatem w niewłaściwym miejscu zwiedzeni nie tyle słowami Arystotelesa, ile kolejną nie dość przemyślaną słów Arystotelesa wykładnią, postawiliśmy granicę (finis) nie tam, gdzie należałoby ją postawić.
Dzieło sztuki (τέχνη) może powstać na trzy sposoby. Po pierwsze sztuka może ukształtować materię nieukształtowaną, na przykład posąg może powstać w brązie. Po drugie sztuka może pozostać w formie, która w materii ukształtowała się z natury, na przykład gdy ktoś mieszka w jaskini. Może też, po trzecie, sztuka naturalną formę zmienić, przy czym owa zmiana może być zniszczeniem substancji, ale nie musi – na przykład, gdy ktoś robi posąg w kamieniu i zmienia kształt tego kamienia (wszak miał on z natury inny kształt niż po tym, jak stał się posągiem), kamień jednak dalej pozostaje kamieniem; gdy ktoś natomiast robi sobie łóżko z drzewa, to raczej zawsze wpierw robi z drzewa drewno, to znaczy drzewo ścina. Jest różnica między drzewem a drewnem, bo w drewnie nie ma życia.
Jeżeli chodzi natomiast o powstawanie rzeczy naturalnych z rzeczy wytworzonych przez sztukę, to zawsze się ono wiąże z niszczeniem, a różnica polega na tym, czy coś niszczeje wolniej czy szybciej. (Zastanawiające jest, że niektóre wytwory sztuki wymagają pewnego zniszczenia, aby bardziej być, na przykład fajka, którą dobrze jest przepalić, albo buty, które dobrze jest rozchodzić. Tutaj jednak trzeba by się zastanowić, kiedy istotnie kończy się wytwarzanie.). Każde dzieło sztuki ma wpisaną w siebie naturę, a zatem wcześniej czy później musi ulec zniszczeniu. Skoro ani łoże nie rodzi łoża ani Atena Parthenos nie rodzi Ateny Parthenos, dzieło sztuki od momentu swojego powstania nieuchronnie zmierza ku zanikowi. Znowu obawiam się, że straciliśmy czytelników. Ci wszyscy, którzy wybaczyli nam te banały, które wypowiedzieliśmy chwilę temu, zapewne czuć się mogą oszukani. Cóż innego mówimy w końcu wtedy, kiedy pomstujemy na upływ czasu? Żaden spiż się czasowi nie oprze i cywilizacje największe wcześniej czy później ziemia pokryje. Z drugiej strony przecież i nas pokryje ziemia, więc znowu zdaje się, że gdzieś pobłądziliśmy.
No dobrze, tylko czemu uparcie przypisujemy dziełom sztuki, niech będzie że nie wszystkim, swoistą ponadczasowość? To po pierwsze. Po drugie wśród twórców dzieł rozmaitych nie raz da się słyszeć o tym, że zawdzięczają oni swoją twórczość jakiejś innej twórczości, mówiąc inaczej, że z jednego dzieła jakoś inne dzieło wynika, a nawet można by chyba, być może nie ściśle ale metaforycznie takie następstwo potraktować jako formę rodzenia. Od razu powiedzmy, że w obrębie takiej metaforyki przebywa najwyraźniej Platon, w Uczcie przede wszystkim, ale pamiętamy w końcu, że Sokrates zajmował się, jak sam twierdzi, sztuką położniczą. Sam nic nie wiem, ale potrafię pomóc innym wiedzę znaleźć. Znaleźć i w bólach urodzić (Platon, Obrona Sokratesa 21 D). Ale też tutaj chyba, właśnie w odwołaniu do położniczej metody Sokratesa ¹, docieramy do pewnej różnicy. Rodzenie, o którym mówi Sokrates nie staje się jakąś formułą naśladowania natury. Nie tylko dlatego, że trudno byłoby w tej metaforyce odnaleźć ojca i matkę, ale dlatego przede wszystkim, że odmienna jest w nim dialektyka tego samego i innego. W naturze to samo przechodzi w inne, żeby później siebie samego w innym odnaleźć, (odnaleźć w innym nie znaczy upodobnić, ponieważ to, co się rodzi, w ciągłym ujednostkawianiu coraz bardziej się odróżnia). Natomiast w sztuce to samo odnajdując siebie poza sobą trochę żegna się ze światem (jaskinia Platona, Platona rydwan, ale też te wszystkie obrazy poetyckich wzlotów i ludzkich już chyba później upadków). Jasne, że jest to pożegnanie kłopotliwe, takie, które będzie później w niebie ciążyć, że tęsknota za ziemią sprawia, że i może po eonach niezliczonych, ale w końcu nieubłaganie to samo do opuszczonego innego wraca by znów się w nim rozpoznać.
„Za sprawą sztuki – powiada Arystoteles – powstają rzeczy, których forma jest w duszy.” (Arystoteles, Metafizyka 1032 a 32 – b 1). Rzecz jasna, kiedy te rzeczy już powstaną, forma jest w nich i one mają formę. W przypadku jednak rzeczy naturalnych nie da się zaobserwować takiego przejścia formy skądś dokądinąd, każda rzecz naturalna już od początku ma w sobie formę. I co więcej, jakoś tej formie w końcu zawdzięcza również swoją śmiertelność. Nawet gdyby uznać (a mimo wszystko budzą się we mnie wątpliwości, kiedy taki wniosek wygłaszam), że dusza jest formą, to jakaś dążność duszy ku umieraniu zakłada, że człowiek bynajmniej, jak i w ogóle każdy twór naturalny, co do zasady oczywiście, przez przypadek nie umiera. Nie tylko zatem możemy w śmierci odnaleźć sens, ale zdaje się, że nie odnajdziemy sensu, kiedy byśmy chcieli z nas samych śmierć usunąć.
Kiedy przyglądam się cywilizacjom dawnym i zapomnianym z jednej strony owszem, dziwię się wielce jak to Sumerowie czasem stają się może i bliżsi aniżeli ludzie dzisiejsi, z drugiej strony cały czas mam poczucie, że ten entuzjastyczny ton, w który chyba przecież i sam czasem wpadam, ton, wedle którego nic się nie zmienia, raczej jest podejrzany i mówiąc krótko: gdyby Sumerowie dowiedzieli się o tym jakie w nich myśli i idee dostrzega niejaki Grzybowski to by się pewnikiem ci Sumerowie nieźle nadziwowali. Jeżeli miałbym szukać w tych światach dawnych tego, co i owszem, jakoś chyba jednak niezmienne, to okazuje się, paradoksalnie przecież, że tym czymś jest to, co zwykle zwiemy naturą. Żona, dzieci, rodzice i związane z tym smutki i radości. Życie, śmierć, życie. Takie tam sprawy, które często chcielibyśmy sztuce przeciwstawiać. Szczególnie wtedy, kiedy to miałaby być sztuka wielka, wspaniała i ponadczasowa.
Każda rzecz powstała za sprawą sztuki, zbudowana jest z jakiejś materii. Horacy, jak wiemy, próbował pojęcie materii zawęzić, przyjmując, że język jest niematerialny. Non omnis moriar. Mimo wszystko nie sądzę. Język ulega takim samym zmianom jak spiż. Deklinacje się kruszą, zasób językowy ulega wpływom, w końcu się okazuje, że niezbędny jest przekład. A przekład to zawsze przekład. Ta materia, w której dzieło sztuki się osadza, nawet wtedy, gdy trochę za jej sprawą przecież w ogóle powstaje (rzeźba ukryta w kamieniu i inne niesamowite opowieści słynnych artystów) zawsze jest po trochu przypadkowa, bo przypadkiem dom wybudowany jest z cegieł, albo z kamienia, albo z innego jakiegoś materiału, który, jako materialny, podlega zniszczeniu. W przypadku tego, co uformowane z natury, to znaczy w przypadku tego, czego przyczyną formalną jest natura, dziwne byłoby powiedzieć, że na przykład człowiek jest z kości i ciała, a drzewo z drewna. W przypadku tego, co z natury, definicja (λόγος) zawiera już materię, w przypadku dzieła sztuki (τέχνη) materii nie zawiera, a przynajmniej nie zawiera jej w takim stopniu i w ten sam sposób (bo wszak może ktoś powiedzieć, że rzeźba na przykład musi być zrobiona z czegoś twardego, a buty powinny być wewnątrz miękkie, dalej jednak będą butami jeżeli zrobi się je z kamienia, a rzeźba będzie dalej rzeźbą jeżeli się ją zrobi z papieru, takie rzeźby zresztą rzeczywiście istnieją. Człowiek natomiast jeżeli byłby zrobiony na przykład z żelaza nie byłby człowiekiem i właściwie powiedzieć, że człowiek jest z żelaza można jedynie w znaczeniu metaforycznym).
Z istoty swej dzieło sztuki (τέχνη) jest nieśmiertelne i to nie chodzi o to, czy jest wielkie czy małe, tylko o to, czy jest dziełem sztuki (τέχνη) czy nie. Dzieło sztuki umiera zatem przez przypadek, to znaczy umiera, jako że przypadkiem jest z tego, co z konieczności jest śmiertelne. Skoro dzieło sztuki umiera przez przypadek, jest zawsze jednorazowe, to znaczy nawet jeżeli ktoś czasem mówi, że jakieś dzieło sztuki zapłodniło jego myśli, to mówi tu metaforycznie, a nie w sposób ścisły. Bo dzieło sztuki, i nie ważne czy będą to buty, czy Atena Parthenos, w sensie ścisłym umiera zawsze bezpotomnie.
To, co pozostaje, to nieśmiertelna forma i jakaś nie do końca przecież zrozumiała i chyba trochę nie do zrozumienia, formy za materią tęsknota. Tak niezrozumiała i zarazem tak zachwycająca jak tęsknota duszy za ziemią.
¹ W piśmiennictwie naukowym zwykle używa się terminu „majeutyczny” a nie położniczy, odwołując się do greckiego terminu μαιευτική (τέχνη) = sztuka położnicza.
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.
+48 501 234 567
info@degnergallery.com