1. pl
  2. en

Juliusz Grzybowski

04 lutego 2026

Rozgardiasz poznawczy

Mamy kłopot ze sztuką, oczywiście, szczególnie mamy kłopot ze sztuką wtedy, kiedy nam się słowo sztuka łączy dumnie ze słowem dzieło - wtedy kłopoty rosną do rozmiarów właściwie niebotycznych. Owszem, gdzieś nam się łza tęskna pod okiem zaszkli, gdy w chwili słabości jakieś dzieło nam przed oczyma przemknie i się w słabości swojej, zrozumiałej przecież, na chwilę zapomnimy, ale raczej będzie to łza rozlana za bezpowrotnie minioną przeszłością. Trochę, nie ma co, tego słowa sztuka unikamy, brzmi ono anachronicznie, żeby nie powiedzieć dziadersko: jakby się wsłuchać w dzisiejsze manifesty, to raczej słowo sztuka w nich ról głównych nie pełni, poddane jest dekonstrukcji, czy nawet destrukcji i wstydliwie pierzcha przed różnej maści groźnymi słowami rodem z antropologii, socjologii czy feminizmu. Nauk się też nam ostatnio namnożyło i szczególnie te nauki młode, z których każda chciałaby zbudować swój własny niepowtarzalny język, często właśnie na gruncie języka rozrabiają. Oczywiście, pragnienia są zacne i cele szczytne, ale mamy na skutek tych zabiegów rozlicznych w naszej wiedzy o sztuce po prostu straszny bałagan i jak to bywa, kiedy nikt nie chce posprzątać, bałagan robi się coraz większy. Swoją drogą, sam akt zainteresowania, który chyba jednak wciąż sztuce te rozliczne nauki, dyskursy rozliczne i coraz bardziej niezliczone narracje, poświęcają, świadczy o tym, że temat bynajmniej do wygasłych nie należy i nie należy też do tematów drugorzędnych.

A zatem jest o co walczyć i jest o co się spierać.

 

Oczywiście, że jest. Wciąż przecież mamy poczucie, że pośród kwestii rozmaitych, w obrębie których szukaliśmy odpowiedzi o swoją własną tożsamość, to sztuka właśnie stawała jako jedna z najnaturalniejszych odpowiedzi. Nie tyle koniecznie jako droga wiodąca do supremacji czy zawłaszczenia, choć i tak bywało, ile jako próba rozpoznania w sztuce takiego zwierciadła, które choć przecież jak żadne inne zwierciadło przekształca, to jednak jest w stanie wychwycić w swoim odbiciu to, co najbardziej wyczekiwane. Zatem nie tyle udajemy się tam, gdzie zgiełk największy ponieważ zgiełk ten nas pociąga (nie pociąga nas bowiem a raczej straszy), ale udajemy się tam ponieważ udać się tam warto, a może nawet udać się tam trzeba. Choćby dlatego, że wszystkie te najgłębsze nasze odcienie, których wcześniej, chyba jednak z powodzeniem, doszukiwaliśmy się w sztuce, mogą skryć się przed nami i głosu swojego na zawsze nam odmówić. To nie jest swoją drogą przecież przypadek, że kryzys sztuki objawia się zarazem jako kryzys tożsamości. Kryzys, który już nawet kryzysem zwać się nie chce, ale wkracza powoli w obszary negacji, odmawiając człowiekowi nie tyle przecież władzy, bo nie władza jest tutaj punktem ciążenia, ile tożsamości właśnie.

 

Wie każdy i każdy kiedyś tam w swoim życiu w takiej sytuacji się znalazł, że chcąc jakąś kłótnię rozwiązać, jedynie ją wzmógł i z drobnej różnicy zdań, za sprawą słów, a jakże, życzliwych, zrobiła się bijatyka. Podobno gdzie dwóch się bije tam trzeci musi skorzystać. Jesteśmy raczej w sytuacji, kiedy bije się już kilka tysięcy i korzyści nie widać, więc zanim przystąpimy do walki, może dobrze byłoby się zastanowić nad tym, jaką pójść drogą. Kogo pytać i o co, i przede wszystkim oczywiście, w jakim celu, tak choćby prowizorycznie, jeśli by cel nam się zbyt ostro zawczasu nie wyjawił? Filozofowie mają pewną słabość, która przysparza im zresztą tyleż chwały co nieprzyjemności – lubią mianowicie zaczynać od początku. Ciężko ich oczywiście traktować do końca poważnie. Poważny bowiem człowiek stara się, jak to mówią, syna spłodzić, zasadzić drzewo i zbudować dom, słowem – poważny człowiek troszczy się o dobytek. Coś zbuduje, coś zepsuje, coś tam naprawi, ale coś po nim pozostanie. Tymczasem filozofowie zachowują się trochę tak, jakby nie było przed nimi innych filozofów, mało, właściwie zachowują się czasem tak, jakby w ogóle nic przed nimi nie było. Ewentualnie i zapewne takie będą mieli wrażenie czytelnicy moich tekstów, przyjmuje filozof do wiadomości istnienie kilku zacnych Greków. Jasne, czasem jakiś się przemknie w pobliżu nowożytny czy nawet współczesniejący zawadiaka, zwykle zresztą też w starożytności rozkochany, z którym ledwie się słysząc, może uda się jakąś nić porozumienia nawiązać, jakimś słowem greckim się wymienić, spojrzeć sobie w oczy lękliwie i tyle. Każdy pójdzie swoją drogą.

 

Ale nawet gdyby poszukiwania nasze miały być w istocie jakąś odmianą archeologii, to okruchy tych spraw wielkich, które przecież kiedyś tam powoływano do życia i które można było słyszeć w ich młodzieńczym jeszcze blasku,  da się, dzięki temu, że czas wciąż jest dla nas życzliwy, do naszych czasów donieść.

 

Ważne informacje

Social Media

Kontakt

Strona www stworzona w kreatorze WebWave.

+48 501 234 567

info@degnergallery.com